tvnpix tvnpix
śledź nas na:
  • Google Plus
  • Instagram
  • RSS

Tortury mu niestraszne. Człowiek z żelaza wrócił do sportu

Tortury mu niestraszne. Człowiek z żelaza wrócił do sportu
Foto: PAP/EPA | Video: Hugh Miller CC BY-SA 2.0, instagram.com Tim Don wrócił do sportu

Wypadek przerwał karierę trwającą od dwóch dekad. Przerwał, nie zakończył, bo Brytyjczyk Tim Don uparł się, że do sportu wróci i już, za wszelką cenę. A ta była bardzo wysoka.

Jest twardzielem, to wiadomo. Człowiekiem z żelaza - to on w maju 2017 roku w Ironman Brazil o całe cztery minuty pobił rekord świata w tej specjalności, osiągając metę w 7.40,23 godz. Tak, w tym czasie przepłynął 3,86 km, przejechał rowerem 180,2 km, a na deser przebiegł dystans maratoński, czyli 42,195 km.

Ogromny wysiłek, i fizyczny, i psychiczny.

Narzędzie średniowiecznych tortur

Kilka miesięcy później, w październiku, wybrał się na ostatni rowerowy trening przed mistrzostwami świata w Kailua-Kona na Hawajach. Pamięta ten skręcający nagle samochód, uderzający prosto w niego. I ten ból.

Lekarz powiedział wprost - brutalnie i obrazowo - że obrażenia Tima właściwie równe są tym, które następują u wisielców. Miał połamane kręgi szyjne, wylądował na wózku, częściowo sparaliżowany. Koszmar.

Ale żył.

Nadzieją na odzyskanie sprawności był zabieg. Nie chciał o nim słyszeć, bo jego następstwem mogło być ograniczenia ruchów szyi, oznaczające koniec wyczynowego sportu.

Wyjściem, którego chwycił się z całej siły, okazał się aparat halo - urządzenie stabilizujące odcinek szyjny kręgosłupa. Tim nie przejmował się opiniami, że to żelastwo przypomina narzędzie średniowiecznych tortur. Śruby wykonane z tytanu przekręca się do czaszki, wwierca nimi do kości, dwoma z przodu, dwoma z tyłu. Do nich przytwierdza się metalowe pręty, a ich dolne końce do nałożonego na barki stelażu.

Zdejmować tego cholerstwa nie można przez całe trzy miesiące. Trzeba je polubić. Tylko jak?

Źródło: instagram.com Powrót Dona do sportu był torturą

Tylko siedział

Tim przyjmował leki przeciwbólowe, wymiotował, przez trzy tygodnie tylko siedział, to była jedyna pozycja, którą mógł przyjąć. Za jedynym razem dawał radę przespać 1,5 godziny. Tortura i tyle. W kryzysowych chwilach zapowiadał żonie, że w piwnicy rozerwie to żelastwo swoimi narzędziami, że dłużej nie wytrzyma.

W końcu zadzwonił do fizjoterapeuty, też triathlonisty, Johna Dennisa. Zaczęli rehabilitację, codziennie, krok po kroku, z halo na głowie, a potem już bez niego.

Po sześciu miesiącach od wypadku stanął na starcie Maratonu Bostońskiego. Ambitnie chciał zejść poniżej 3 godzin, a okazało się, że w koszmarnej pogodzie - zimnie i deszczu - uzyskał znakomite 2.49,42.

Zatrzymać się nie zamierza, choć skończył 40 lat. Co to, to nie. Tak naprawdę powoli szykuje się do triathlonu, tam jest jego miejsce. Planuje start w tym pechowym, w Kona, znowu w mistrzostwach świata. - Nie miałem pojęcia, jak to wszystko się skończy - przyznaje. - Wiem tyle, że kiedy brakuje mnie na trasie, inni próbują pobić mój rekord. A ja chcę być najlepszy, niezależnie od kosztów. Drugie miejsce mnie nie interesuje. 

Źródło: instagram.com Tim Don wciąż chce być najlepszy na świecie

Podziel się:

Bądź na bieżąco:
  • Skopiowano do schowka

Komentarze (0)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
Zasady forum
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.