tvnpix tvnpix
śledź nas na:
  • Google Plus
  • Instagram
  • RSS

Polskie pięści biją w USA. "Chcę walki o pas jeszcze w tym roku"

O jego ostatnim zwycięstwie mówi cały pięściarski świat. Pobiciem słynnego Julio Cesara Chaveza najlepszy polski bokser wagi półciężkiej Andrzej Fonfara wyważył sobie drzwi do walki o mistrzowski pas i pierwszego miliona dolarów w ringu. - Poddał się, bo nie chciał być ciężko znokautowany. Teraz chcę walczyć o mistrzostwo świata! - mówi sport.tvn24.pl. W obszernej rozmowie "Polski Książę" opowiada m.in. o tym, jak niszczy się przeciwnika, o żądzy rewanżu i walce stulecia.

To była noc, której kibice polskiego boksu długo nie zapomną. Andrzej Fonfara w ubiegłą sobotą pokonał byłego mistrza świata Julio Cesara Chaveza Juniora i tym samym otworzył sobie drzwi do kolejnej walki o pas WBC wagi półciężkiej. Polak znalazł się na ustach ekspertów i najlepszych pięściarzy świata.

Zachwycił się nie nim sam Lennox Lewis. Nic dziwnego. Chavez nie padł na deski w 51 walkach z rzędu, a "Polski Książę" znokautował go efektownym lewym sierpowym w dziewiątej rundzie.

SEBASTIAN CHABINIAK, SPORT.TVN24.PL: O szczęściu po walce z Chavezem jeszcze porozmawiamy, ale jak się pan czuje fizycznie kilka dni po tym efektownym zwycięstwie? W ringu wyglądało to tak, jakby rywal ani razu porządnie pana nie trafił.

ANDRZEJ FONFARA: Czuję się bardzo dobrze. Oczywiście że jestem trochę obity, ale poza tym czuję, iż mógłbym rozpocząć już przygotowania do kolejnej walki. Sam pojedynek nie był tak ciężki jak te dwanaście tygodni przygotowań, gdzie codziennie rano trzeba wstać i zrobić jeden trening, a potem kolejne. Teraz odpoczywam i łapię świeżość.

Wiem, że właśnie wylądował pan w Chicago (rozmawialiśmy w środę - red.), ale po walce w kalifornijskim Carson był pewnie czas na świętowanie zwycięstwa. Działo się?

Można powiedzieć, że troszeczkę się działo. Po walce udaliśmy się do hotelu, zjedliśmy kolację, po prostu się tym cieszyliśmy. Bardzo ważne było dla mnie, że na walkę przyleciała moja narzeczona. To, że ona mnie wspiera i lata na moje walki, jest dla mnie bardzo ważne. I tym razem była przy mnie w najważniejszym momencie.

Z wygranej cieszą się też pewnie przyjaciele. Artur Boruc, z którym jak wiadomo nie od dziś łączy pana przyjaźń, dzwonił już z gratulacjami?

Tak, Artur dzwonił do mnie zarówno przed walką, jak i po niej. Pogratulował mi wygranej. Teraz ja trzymam za niego kciuki i czekam na awans jego Bournemouth do Premier League.

Wróćmy do samej sobotniej walki. Dziewiąta runda. Bije pan Chaveza lewym sierpowym, a on pada na ring. Do kolejnego starcia już nie wychodzi.  Przecież to człowiek, który od 51 walk nie był na deskach! Spodziewał się pan po tym, jak padł, że ta walka nie będzie już kontynuowana, a rywal nie wyjdzie na 10. rundę?

Powiem szczerze, że byłem tym zaskoczony. Mogę się tylko cieszyć z tego, że ta walka tak się potoczyła. Myślę, że po prostu czuł moją siłę i zdawał sobie sprawę z tego, że jestem mocniejszy. To, że padł na deski, tylko się do tego przyczyniło. Poddał się, bo nie chciał być ciężko znokautowany. Zresztą wcześniej trochę go poobijałem.

Jaki był plan na tę walkę? Liczył pan na to, że Chavez padnie, choć wcześniej mu się to nie zdarzało? Trudno mi sobie wyobrazić, że trener mówi przed walką: "Andrzej, czekaj na jeden cios".

Plan był taki, by po prostu wygrać walkę. Chciałem od pierwszej rundy być agresywny i od samego początku mocno boksować. Wiedziałem, że Chavez  z rundy na rundę może się rozkręcać i walczyć coraz lepiej. Dlatego ważna była szybkość i agresja. To dało skutek, był obity, a wtedy niewiele mógł zdziałać.

Z perspektywy kibica wyglądało to tak, że on niczym pana nie zaskoczył. No, może poza tym, że poszło panu aż za łatwo.

Na pewno nie było łatwo, bo to bardzo doświadczony zawodnik. Miał swoje dobre momenty, bił dobre ciosy na korpus. Z drugiej strony był ode mnie wolniejszy i to mnie zaskoczyło. Pamiętałem, że wcześniej walczył w niższych kategoriach wagowych i wydawało mi się, że będzie szybszy. Ring jednak wszystko zweryfikował.

Czy tą walką pana akcje w USA wzrosną? Bo w Polsce, mówiąc bez najmniejszej przesady, zapisała się do historii pięściarstwa obok pojedynków Tomasza Adamka, Andrzeja Gołoty czy Dariusza Michalczewskiego.

Cieszę się, że mogę przyczynić się do tego, by obraz polskiego boksu na świecie był lepszy. Najbardziej zadowolony jestem jednak po prostu z tego, że wygrałem. A reakcje w Stanach? Tutaj wszystko odbiło się szerokim echem. W Chicago rozpisują się o niej gazety i portale, można o niej usłyszeć w telewizji. Fajnie, że jestem coraz bardziej rozpoznawalny, bo to też ma wpływ na moją karierę. A do tego świadomość, że dobrze reprezentuje się Polskę. To po prostu dobre uczucie.

Rok temu podpisał pan kontrakt z Alem Haymonem, najpotężniejszym człowiekiem w światowym boksie. On pewnie też zaciera ręce po takim pojedynku.

Al po walce przyszedł do szatni i gratulował mi walki. Mówił zresztą, że był pewny mojej wygranej i nadal ma zamiar na mnie stawiać. Kiedy podpisywałem z nim kontrakt, wiedziałem, że to jest wielka szansa, a teraz cieszę się, bo ją wykorzystuję.

Skoro pojawia się Haymon, to trudno uciec od tematu wielkich pieniędzy. Pan za walkę z Chavezem  według oficjalnych informacji otrzymał 400 tys. dolarów. Apetyt pewnie jednak rośnie. Czy kolejne walki będą oznaczać milionowe przelewy?

Stawki będą pewnie coraz większe, zresztą ja nie ukrywam, że chciałbym oczywiście zarabiać jak najwięcej. Zasłużyłem sobie na to ciężką pracą, podobnie jak wszyscy ludzie, którzy boksem zarabiają na życie. Siłą rzeczy kolejne walki muszą dać mi większe pieniądze, a współpraca z Alem Haymonem to w pewien sposób gwarancji godnego wynagrodzenia. On nie oszczędza i chce żeby jego pięściarze nie byli oszukiwani.

Nie wierzę, że wciąż nie siedzi panu w głowie walka z Adonisem Stevensonem w 2014 roku (Polak przegrał na punkty - red.) o mistrzostwo świata WBC. Pan go miał na deskach, co w przypadku Stevensona jest rzeczą niespotykaną. Ta chęć rewanżu jest ogromna?

O tak! Od razu po walce mówiłem, że chcę rewanżu i myślę, że walką z Chavezem pokazałem, iż na to zasłużyłem. Od czasu tamtej porażki wygrałem dwie walki w dobrym stylu i myślę, że do tego rewanżu dojdzie. Rozmawialiśmy już zresztą na ten temat z Haymonem i choć nie ma jeszcze konkretów, to myślę, że jeszcze w tym roku zawalczę o upragniony pas.

A co z walką z Brytyjczykiem Carlem Frochem? To z nim Chavez miał stoczyć kolejny pojedynek na londyńskim Wembley, ale wygrywając z Meksykaninem pokrzyżował pan im plany. To może teraz Froch zawalczy z Fonfarą, a na trybunach przy okazji zasiądzie mnóstwo Polaków mieszkających na Wyspach?

Z mojej strony wszystko jest możliwe, ale musielibyśmy umówić się na to w jakim będziemy walczyć limicie wagowym. Ja jestem pięściarzem wagi półciężkiej (79,4 kg), a Froch to waga superśrednia (76,2 kg). Nie wiem, czy on zgodziłby się walczyć w mojej wadze. Z drugiej strony walka na Wembley przy tak dużej publiczności byłaby niesamowita. Ale tak naprawdę tych potencjalnych rywali jest bardzo wielu. My wybierzemy najlepszą opcję zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym. Celem jest jednak walka ze Stevensonem.

Czy założył pan z trenerem i promotorem jakiś termin, w którym do tej walki o pas musi dojść? Coś w rodzaju celu i czasu, pod który pana dalsza kariera będzie poukładana.

W tym momencie chcemy zrobić walkę ze Stevensonem, bo przecież on jest mistrzem świata. Zrealizowanie tego to szansa na to, by zaatakować szczyt, na który chcę wejść. Jeszcze w tym roku mogę wyjść do ringu i walczyć o mistrzostwo świata.




 

Pana śladem chcą iść inni Polacy. Swoje walki w Chicago stoczą Maciej Sulęcki i Artur Szpilka (rozmawialiśmy kilka dni przed wygranymi przez nich walkami – red.). Czego pan się po nich spodziewa? W odczuciu polskich kibiców Stany Zjednoczone mogą być dla nich wielką szansą.

Zobaczę ich walki na żywo, zresztą właśnie jadę spotkać się z Maćkiem Sulęckim. To bardzo dobry bokser, z walki na walkę się rozwija. Podobnie jest z Arturem Szpilką. Wygrał z Tomkiem Adamkiem, a to przecież coś znaczy. Do tego "Szpila" boksował już w Stanach. Dobrze, że przyjechał i trenuje pod okiem amerykańskich trenerów. Maćkowi Sulęckiemu też walka tutaj wiele da.

Już za chwilę, 2 maja, bokserski świat będzie żył tylko jedną walką, bo do ringu staną Floyd Mayweather Jr. i Manny Pacquiao. Ma pan faworyta?

Myślę, że jednak Floyd będzie się cieszył z wygranej. Manny po doznanych porażkach ma jednak słabszą szczękę. Mayweather Jr. albo wygra zdecydowanie na punkty, albo nawet znokautuje Filipińczyka. Jedno jest pewne - będzie ciekawie.

Na koniec wróćmy do pana. W ostatnich walkach w ringu widzieliśmy Andrzeja Fonfarę pewnego siebie, na którym nie robią wrażenia ani Stany Zjednoczone, ani cała otoczka walki. Po prostu wychodzi pan między liny i robi swoje. Rozwinął się pan w Stanach jako pięściarz, ale kibice chcą jeszcze więcej.

Wszystkie walki nauczyły mnie swego rodzaju godności. Poza tym ja naprawdę byłem świetnie przygotowany do walki z Chavezem i ta dyspozycja podbudowała mnie psychicznie. Bardzo dobrze boksowałem w półdystansie, fajnie funkcjonował lewy prosty, którym go stopowałem. Na tą wygraną złożyło się więc wiele czynników, w tym doświadczenie.

To co trzeba poprawić by zostać mistrzem świata?

Mam jeszcze rezerwy w pracy nóg i w obronie, ale i to wygląda coraz lepiej. Będę coraz lepszy i zrobię wszystko, by na Stevensona wyjść w jak najwyższej formie!

ROZMAWIAŁ SEBASTIAN CHABINIAK

Podziel się:

Bądź na bieżąco:
  • Skopiowano do schowka

Dowiedz się więcej...

Trwa cisza referendalna, która zakończy się w niedzielę o godz. 21. W tym czasie forum będzie wyłączone.