tvnpix tvnpix
śledź nas na:
  • Google Plus
  • Instagram
  • RSS

Jordana nigdy nie było. 23 scenariusze dla świata

Jordana nigdy nie było.
23 scenariusze dla świata
Foto: wikipedia.org (Public Domain) Michael Jordan - największy z wielkich

Czy ktoś kiedyś zastanawiał się, jak wyglądałby świat bez Michaela Jordana? Czym byłaby koszykówka? Czy mielibyśmy Polaków w NBA i czy przypadkiem świat nie skończyłby się 21 grudnia 2012 roku? Oto 23 scenariusze dla sportu, Polski i całej Ziemi pozbawionej zawodnika grającego z numerem "23" na koszulce. Wielki "MJ" dziś kończy 54 lata. Z tej okazji przypominamy tekst, który ukazał się w sport.tvn24.pl w 2013 roku.

1) Barack Obama nie zostałby prezydentem USA. Przyjechałby do Chicago bez Jordana, nie wrósłby w sąsiedztwo, nie grał w kosza udzielając się społecznie w weekendy na asfaltowych boiskach publicznych szkół. Po kilku latach wyjechałby z "Wietrznego Miasta" i wrócił na Hawaje. Cały kraj straciłby szansę na czarnoskórego prezydenta po dwóch kadencjach Busha juniora, bo Obama w Honolulu po pierwszych niepowodzeniach politycznych, otworzyłby sklep z deskami surfingowymi. No you can't.


2) Mistrzem NBA zostałby w 1996 i 1997 roku Karl Malone i jego Utah Jazz. "Listonosz" dzięki temu uniknąłby przeprowadzki pod koniec kariery do Los Angeles, gdzie zgodził się na siedzenie na ławce rezerwowych po to tylko, by nałożyć na palec upragniony mistrzowski pierścień. No i to on dostałby przydomek "Air". Zostałby symbolem rozwijającej się w latach 80-tych USA kultury hip-hop, nigdy nie zakładając ukochanego kapelusza kowbojskiego. Air Malone, baby.

3) Charles Barkley, Reggie Miller, Patrick Ewing, Shawn Kemp - któryś z nich też zdobyłby mistrzowski tytuł. Gdyby był to Barkley to jego kariera potem, po zejściu z parkietów NBA, nie zaprowadziłaby go do stołu komentatorskiego stacji TNT. Barkley miałby mniej wrogów wśród koszykarzy, a LeBron James nie musiałby słuchać przytyków "sir Charlesa" dotyczących postępującej u niego łysiny.

4) Phil Jackson nie zostałby najlepszym trenerem w historii. Z Jordanem zdobył sześć tytułów w osiem lat. Z Chicago Bulls wygrał 545 spotkań od 1989 do 1998 roku, czyli średnio 60-61 w sezonie. To dzięki temu - po roku przerwy od koszykówki -  wkraczał do "Miasta Aniołów" niczym Mesjasz zapowiadający dobrą nowinę. Oczywiście na miejscu na to zapracował, bo z Los Angeles Lakers dorobił się 5 kolejnych pierścieni (łącznie 7 finałów) w ciągu 10 lat.


Może dostałby swój przydomek "mistrza Zen". Może jego drogi ze Scottie Pippenem i tak by się skrzyżowały i "Mr. Pipp" miałby możliwość ponarzekania przed kamerami na to, jak to ciężko żyje się z coachem, który każe czytać książki w podróży.

5) 72-10. Żadna inna drużyna, poza Chicago Bulls w sezonie 1995/96 nie byłaby w stanie zakończyć rozgrywek z takim bilansem. Dlaczego? Bo tak się po prostu nie stało. To fakt. Chicago rok później wygrało 69 spotkań i tym zakończyło dyskusję. Jordan poprowadził Bulls do również trzeciego najlepszego wyniku w historii, 67-15 w 1992 roku. 

6) Nie powstałby Dream Team. Czy w czyjejś głowie zaświtałaby myśl, by zebrać największych koszykarzy w historii i połączyć ich siły w walce o olimpijskie złoto? Czy Magic Johnson i Larry Bird, gwiazdy w 1992 roku zmierzające ku końcom swych karier, chciałyby dołączyć do drużyny bez gwiazdy Jordana, który stwierdził, że to on będzie grał w niej pierwsze skrzypce? Magic mówił po latach, że Dream Team był dla niego polem starcia z "młokosem", któremu miał zamiar pokazać, że jego koszykówka lat 80-tych dominuje nad tą wtedy nowoczesną. Miał na myśli tylko MJ'a. A Larry? Cóz, Larry pojechał tam dla "Magica".

7) Nie byłoby legendy numeru "23". Najsłynniejszym i kultowym na całym świecie zostałby "22". Clyde Drexler, przez lata uznawany za drugiego najlepszego obrońcę NBA, walczył z Chicago w koszulce Portland Trial Blazers w finałach '92. Był wtedy blisko tytułu, ale Jordan zdecydował się rzucić w najważniejszym meczu tej serii sześć kolejnych "trójek" i pogrzebał szanse ekipy z Oregonu. Drexler nigdy nie stał się naprawdę wielki, bo w cieniu Jordana bledli prawie wszyscy. Nie zmieniło tego nawet mistrzostwo "The Glide'a", czyli szybowca, z Houston Rockets.


8) Scottie Pippen zaoszczędziłby kilkadziesiąt tysięcy dolarów na zakładach, które "His Airness" stale z nim wygrywał. W przerwach meczów w United Center MJ proponował zakład o to, który z orzeszków M&Ms wygra w biegu pokazywanym na wielkim ekranie podwieszonym pod kopułą hali. Pippen ciągle obstawiał przegranego, bo nie rozumiał, że widzi powtarzaną co chwila reklamę i nic nie zmieni losu tego wiecznie drugiego "żółtego".

9) Nie ma Dream Teamu, więc igrzyska w Barcelonie wygrywa Chorwacja. Liderem jest niesamowity Drażen Petrović, który jeszcze w lidze jugosłowiańskiej potrafił w jednym meczu rzucić 112 punktów. Z New Jersey Nets trafia do Chicago i dostaje nr 23. Klub nie puszcza go do Wrocławia na turniej eliminacji do mistrzostw Europy. Petrović nie wsiada do samochodu i nie ginie tragicznie jadąc po niemieckiej autostradzie.

10) Toni Kukoc zostałby mistrzem olimpijskim, trafił jednak w NBA do drużyny, w której nie znalazłby dla siebie miejsca i nigdy by nie zdobył tytułów. Może nawet nie zagrałby w play-offach. Młody Chorwat walczył z Jordanem w finale w Barcelonie dzielnie, ale potem przez długie lata pamiętał tylko to, że prawie nic mu w tamtym meczu nie wyszło.

6 tytułów mistrza NBA ('91-'93, '96-'98)
5 nagród MVP sezonu zasadniczego ('88, '91, '92, '96, '98)
6 nagród MVP finałów NBA ('91-'93, '96-'98)
10 tytułów króla strzelców ('87-'93, '96-'98)
Najlepszy obrońca ligi ('88)
3 tytuły najlepiej przechwytującego ('88, '90, '93)
10 razy w Pierwszej Drużynie ligi NBA
14 występów w All-Star Game (3 razy MVP)
2 zwycięstwa w konkursie wsadów ('87-'88)

CV Michaela Jordana

 

11) Draft NBA z 1984 roku nie byłby najlepszym w historii! Znaleźli się w nim oczywiście Hakeem Olajuwon, Charles Barkley, John Stockton, Sam Perkins, Alvin Robertson i Kevin Willis. Ale już rok później NBA nawiedzili Patrick Ewing, Chris Mullin, Karl Malone, Joe Dumars i Detlef Schrempf, w '96 byli to Allen Iverson, Ray Allen, Kobe Bryant i Steve Nash, a w 2004: LeBron James, Dwayne Wade, Carmelo Anthony, Chris Bosh i David West. Obecność Jordana w 1984 r. kończy wszelkie dyskusje. Michaela nie ma, więc w 1984 roku numer 3 zostaje Sam Perkins. Idzie do Chicago. Na "czwórkę" przeskakuje Charles Barkley i Dallas Mavericks na sukcesy nie musą czekać do czasów Dirka Nowitzkiego.


12) John Stockton gwiazdą popkultury! Tak. Rekordzista NBA pod względem asyst i przechwytów nie chodziłby jak to było w 1992 r. w Barcelonie z kamerą w ręku w roli "typowego amerykańskiego turysty", kompletnie niezauważany, a spoglądał codziennie z góry na "maluczkich" z reklam i billboardów w największych miastach świata.

Być może dorobiłby się własnego, mniejszego Dream Teamu, np. w 1996 r. w Atlancie i po meczach nie wracałby z kolegami do hotelu, a z nowo poznaną gwiazdą Hollywood spędzał szaloną noc w mieście.

Wtedy też symbolami ligi stałyby się toporna grzywka, długie skarpety i za krótkie spodenki Stocktona. White men CAN jump.

13) John Paxson sprzedawałby polisy na życie, a chicagowskie "Byki" walczyły teraz z Waszyngtonem i Phoenix o miano najgorszej ekipy w NBA. Paxson to - dla niewtajemniczonych - as w talii Phila Jacksona w finałach '93. To on po akcji Jordana i podaniu od Pippena znalazł się na wolnej pozycji i trafił zza linii 3 punktów dając Chicago trzecie mistrzostwo z rzędu. Kto wie - może to wtedy tak bardzo zżył się z tą ekipą, że po latach postanowił do niej wrócić i dba teraz o jej politykę transferową, dzięki której kibice w "Wietrznym Mieście" mają znów po latach nadzieję na stworzenie nowej dynastii. Nowy Jordan nazywa się Derrick Rose.

14) Biedny Dan Majerle spałby snem sprawiedliwego w czerwcu '93 i opowiadał dziś z dumą o tym, czego dokonał zdobywając mistrzostwo NBA. Rzucający obrońca Phoenix Suns w szóstym meczu finałowym miał kryć w ostatniej akcji właśnie Paxsona, ale nie mógł się oprzeć pokusie powstrzymania Jordana i ruszył w jego stronę kilka kroków. Po chwili - całkiem spóźniony - łapał się już za głowę widząc w locie piłkę, która odbierze zaraz jego drużynie szansę na tytuł. To jeden z najbardziej znanych momentów w historii NBA uwieczniony na filmie. Majerle nie mógł sobie tego wybaczyć bardzo długo. Miał wtedy najlepszy okres w karierze. Dwa lata później stał się już rezerwowym.

Źródło: Wikipedia.org (GNU) / Steve Lipofsky Jordan i Jackson - razem napisali historię NBA na nowo

15) Nike przegrałby wojnę o portfele całej ludzkości z Adidasem. Koncern prawdopodobnie potrzebowałby kolejnej dekady i wielu szczęśliwych splotów wypadków, by stać się najpopularniejszą sportową marką świata bez Jordana. Tymczasem jeden kontrakt z idolem nastolatów rozsławił białą łyżwę na czarnym tle od Alaski po Nową Zelandię. Dziś prawdopodobnie więcej ludzi wie, jak wygląda znak firmowy tego koncernu, niż np. flaga USA.

16) Nie ma Jordana, nikt nie wpada na to, że najefektowniej koszykarz wygląda w czarnych butach i krótkich białych skarpetkach. Firmy wprowadzają różne kolory, ale czarny pozostaje nieuznawany. Schodzi do undergroundu i tak grają tylko dzieciaki na podwórkach. I tak są wyśmiewane, bo przecież w NBA takich butów nie ma.

17) Dirk Nowitzki zajmowałby się wieszaniem karniszy, a Tony Parker bez powodzenia próbował sił w dub-stepie na paryskiej scenie klubowej. Obaj panowie powiedzieli bowiem kiedyś, że powodem, dla którego zaczęli trenować koszykówkę był Dream Team z Barcelony. Wtedy otworzyły im się oczy na nowy świat. Tak jakby Kolumb odkrywał pod koniec XX wieku Europę. Parker i Nowitzki mają na koncie kilka tytułów mistrzowskich, a to oznacza, że bez Jordana (bo ustaliliśmy już, że Dream Team by nie powstał) nie byłoby też historii NBA w wielu innych jej wariantach.

18) W ogóle nie wiemy, gdzie podziewałby się Marcin Gortat. Ale jako, że jest jedynym Polakiem w NBA, co czyni z niego skarb narodowy, chyba łatwo możemy sobie wyobrazić, że nagle los ten skarb nam Polakom jednak odbiera. Dlaczego? Bo tak. Mamy już tego polskiego pecha. Więc bez Jordana, tego jedynego krajana w słonecznej Arizonie pośród kaktusów też byśmy nie mieli.


19) David Stern byłby kiepskim producentem w Hollywood. Komisarz ligi prawie 30 lat (odszedł 2014 roku) błagał Jordana dokładnie 20 lat temu, by ten przemyślał sprawę odejścia na emeryturę. MJ po ośmiu latach zdecydował jednak, że będzie grał w baseball - ulubioną grę jego zmarłego tragicznie kilka miesięcy wcześniej ojca. Jordan był dla Sterna tym, czym jest Fort Knox dla Ameryki. Był monetą wartości biliona dolarów, która załatwiała wszystkie sprawy dla ligi. Jordan dzielił i rządził. To przecież on zdecydował, kto może, a kto nie grać w Dream Teamie na igrzyskach w Barcelonie i dlatego nie znalazło się tam miejsce dla znienawidzonego herszta "Bad Boysów" - Isiah Thomasa, który był największym prowokatorem ligi i szczerze nienawidził Chicago. Gdy Jordan po dwóch latach przerwy ogłosił swój powrót, komisarzowi kamień spadł z serca. Po spadku zainteresowania ligą w latach 1994-95 wiedział już bowiem, że wychowanek Północnej Karoliny to najlepszy interes w dziejach Ameryki, zaraz po wojnach w Zatoce Perskiej.


20) Mieszkańcy Nowego Jorku i Waszyngtonu po zamachach 11 września o wiele dłużej pozostawaliby w traumie, gdyby nie było Jordana. To przecież półtora miesiąca później, w październiku 2001, MJ wrócił do NBA po raz drugi, tym razem w koszulce ekipy Wizards i swój pierwszy mecz rozegrał w legendarnej Madison Square Garden, sprawiając, że po raz pierwszy od dawna ludzie zwrócili się oczami w przyszłość. W 10. rocznicę zamachów na stronie NBA.com pojawił się felieton jednego ze stałych dziennikarzy piszących dla ligi, który wrócił do tamtych chwil. Więcej o tym tutaj nie piszemy. Odsyłamy do przeszłości, bo odnotowaliśmy ten fakt.

21) Królik Bugs i kaczor Duffy nigdy by niczego nie ukradli poza światem Looney Tunes (a ukradli szorty Jordana). W 1996 roku nie powstałby bowiem "Space Jam" - alternatywna historia powrotu do koszykówki Jego Wysokości. W ogóle nie powstałoby kilka dobrych filmów o koszykówce, np. "He Got Game" Spike'a Lee.

22) Bill Murray nigdy nie zgłosiłby się do draftu NBA. Mało kto o tym wie, ale kilka miesięcy przed premierą filmu, amerykański gwiazdor w porozumieniu z władzami ligi postanowił zagrać na nosie dziennikarzom sportowym, równocześnie promując "Space Jam". Stwierdził, że w wieku prawie 40 lat staje w szranki z młodymi czarnoskórymi absolwentami Duke, UCLA czy Gonzagi, by bić się o milionowy kontrakt w NBA. Billa Murraya do dzisiaj można zobaczyć na widowni w United Center. Wciąż przeżywa, że Jordan zabrał mu miejsce w tym sporcie. Gdy na pamiętnej konferencji dziennikarze wypomnieli mu, że nigdy nie grał w liceum czy na uniwersytecie, odpowiedział: No i...?


23) Nie byłoby dyskusji o wyższości Jordana nad LeBronem i LeBrona nad Jordanem (odsyłamy do rozmowy wuefisty Jasona Segela z uczniem w komedii "Zła kobieta" z Cameron Diaz), bo Jamesa też by nigdy w NBA nie było. Sam, okrzyknięty następcą Jordana już ponad 10 lat temu, jeszcze jako licealista mówił, że ten był jego idolem. Przez pierwsze lata gry nosi numer "23". Potem po Drexlerze bierze"22", ale talentu na NBA mu nie starcza. Zaczyna grać w Europie, po latach kończy karierę w polskiej lidze.

Najważniejsze pytanie jest jednak takie: Kim bez Jordana bylibyśmy dzisiaj my?

Sama liga NBA miała swoich wielkich przed Jordanem, ma ich dzisiaj i jest w niezłej formie. Ale fakt pozostaje faktem: koszykówka to jedyny amerykański sport, który przekonał do siebie świat. Poza poszczególnymi zakątkami globu, nikt przecież nie gra w futbol amerykański czy baseball.
W wielu miejscach - bez Jordana - pewnie nie powstałaby kultura koszykarska, która do dziś sprawia, że dzieciaki chcą jeszcze czasami wybiegać na świeże powietrze, a nie siedzieć przed komputerami i konsolami.

Kilkadziesiąt, a może i kilkaset tysięcy dorastających w latach 90-tych polskich nastolatków, w dużej mierze dzięki Jordanowi dowiedziało się czym jest pot. Całe lata próbowało nauczyć się rzutu znad głowy i marzyło o "pakowaniu" piłki do kosza. Gdyby nie Michael, wielu z nich nigdy nie włączyłoby w sieci kablowej DSF-u (taki niemiecki kanał - red.), by obejrzeć "Inside NBA" i nie nauczyło, że niemieckie liczebniki wymawia się od końca.


Place zabaw Warszawy, Łodzi, czy Gdańska w połowie lat 90-tych byłyby też o wiele smutniejszymi miejscami. Plac zabaw jednego z autorów tego tekstu, na jednym z białostockich osiedli, zapewne nigdy nie dorobiłby się kosza i parkietu ułożonego z betonowych płyt podprowadzonych z okolicznej budowy (to nie autor kradł, to jego starsi koledzy). Na "boisku" tego drugiego, pod jednym z lubelskich kościołów, nikt nigdy nie ustawiłby styropianowych pustaków, by jak Jordan wsadzić piłkę z góry.

Najlepszy koszykarz w historii NBA to najpopularniejszy sportowiec w historii w ogóle. Posługując się truizmem należy stwierdzić, że gdyby go nie było, to ktoś musiałby go wymyślić. Tylko czy komukolwiek starczyłoby do tego wyobraźni?

Podziel się:

Bądź na bieżąco:

Dowiedz się więcej...

Komentarze (3)

Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
Zaloguj się, aby dodać komentarz
Dodaj komentarz do artykułu
domyślny avatar
  • Udostępnij komentarz w:
  • ikona twitter
  • ikona facebook
  • ikona google plus
publikuj
Właśnie pojawiły sie nowe () komentarze - pokaż
detoxs

Panowie autorzy, ktoś w końcu zajął się na poważnie w tym portalu koszykówką. Wielkie gratulacje za świetny artykuł! Dzięki za przypomnienie tych starych świetnych czasów, gdy za małego chłopaka oglądało się DSF albo Szaranowicza w TVP mówiącego:hej, hej, tu NBA :D
Oby więcej takich artykułów- 3mam kciuki ;]

  • Tyle osób ocenia komentarz pozytywnieOstatnio ocenili:
      1
    • Tyle osób ocenia komentarz negatywnieOstatnio ocenili:
        0
      • zgłoś naruszenie
      zamknij
      Zasady forum
      Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24 nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.